W nocy podobno miało w hostelu być kilka osób a byłem tylko ja i młody Amerykanin, który w Baku siedzi już dziesięć miesięcy. Uczy ty angielskiego. Był średnio rozmowny a ja bardzo zmęczony, więc nie pogadaliśmy za wiele.
Rano gdy wyszedłem na moje miejsce komputerowe na zewnątrz, okazało się że jest zimno i pada deszcz. Na szczęście ktoś zdjął moje poprane skarpetki. Niedobrze, że pada. Dzisiaj zaplanowałem wyjazd do Qobustanu.
Spakowałem się szybko i pomaszerowałem przez miasto szukać komunikacji do Qobustanu. Na stacji Metro spotkana strażniczka powiedziała mi jakimi autobusami mam jechać. No autobusy to tu się naprawdę opłacają. Za pierwszy jeżdżący do zajezdni poza miasto płaciłem 30 kopiejek (miało być chyba 25), a potem już do Qubestanu zapłaciłem 80 kopiejek. W sumie z oczekiwaniami jechałem ponad półtora godziny. Tu kierowca się zatrzymał przy napisie Qobustan, a gdy wysiadłem czekała taksówka.
No wyglądało mi to na ukartowane, taka rada wzajemnej pomocy gospodarczej. Żeby nie to, że było zimno, żeby nie to, że nie miałem za wiele czasu... Zapłaciłem kierowcy 20 manatów za to by zawiózł mnie do "krainy" błotnych wulkanów, a potem do "kamiennego parku".
Mam świadomość, że przepłaciłem. ale drogi, którą musiał przejechać gość autem to mu nie zazdroszczę. Raczej powinno się nią jechać jeepami. Kierowca powiedział, że gdyby bardziej popadało, to nie byłoby szansy przejechać jego mercedesem.
Wulkany błotne
Nie to żeby to był jakiś wielki szał, ale ciekawostka na pewno, choćby dlatego, że jest ich nie za wiele na świecie, a ponad połowa znajduje się na terytorium Azerbejdżanu. Wjechaliśmy na górę i ukazało się wielkie pole różnej wielkości kopców. Gdy szliśmy w ich stronę raz po raz słyszeliśmy bulgotania. Jakby tu pod ziemią, żył jakiś wielki błotny potwór i ciężko oddychał. Z niektórych kopców wylewa się wolno błotnista szara maź a potem zasycha na zboczach kopców. Taki trochę księżycowy krajobraz, tylko ten ziemski żyje. A do tego w dali widok na morze Kaspijskie...